materiały partnera
Wrzucenie nowego samochodu osobowego w koszty firmy to w zasadzie klasyk u każdego polskiego przedsiębiorcy. Trudno się dziwić – leasing od lat pozwala nam legalnie płacić mniejsze podatki, chroni firmową gotówkę i po prostu daje święty spokój. Wybierasz auto, płacisz ratę, jeździsz.
Problem pojawia się w momencie, gdy zaczynasz szukać konkretnej oferty. Na papierze i w reklamach internetowych wszystko wygląda pięknie, ale rzeczywistość finansowa potrafi brutalnie zweryfikować plany. Jak w tym całym gąszczu bankowych propozycji znaleźć coś, co faktycznie nie zrujnuje portfela? Coraz więcej osób zamiast biegać po salonach, idzie prosto do brokera leasingowego. I ma to głęboki sens.
Przedsiębiorcy poszukujący elastycznego finansowania mogą sprawdzić aktualne możliwości, jakie oferuje leasing samochodów osobowych, gdzie dedykowany kalkulator pozwala na szybkie i bezpłatne oszacowanie wysokości przyszłej raty. Warto od tego zacząć, bo najgorsze, co można zrobić, to złapać się na "haczyk" samej niskiej raty z salonowego baneru reklamowego. Niestety, w finansach darmowe obiady nie istnieją, a niska rata niemal zawsze oznacza, że koszty zostały po prostu ukryte gdzieś indziej.
Zazwyczaj kryje się za tym astronomiczny wykup końcowy, przez który na koniec umowy musisz wyłożyć jednorazowo potężną gotówkę, albo przymusowe, absurdalnie drogie ubezpieczenie oferowane przez dealera. Do tego dochodzą opłaty ukryte głęboko w Tabeli Opłat i Prowizji – za rejestrację auta, za zgodę na wyjazd za granicę czy za roczną obsługę kontraktu. Prawda jest taka, że realnie tani leasing to kwestia indywidualna. Dla jednego optymalna będzie wysoka wpłata początkowa, a dla kogoś innego – minimalny wkład własny. Trzeba to po prostu mądrze przeliczyć pod swoje podatki.
Kiedy szukasz finansowania na własną rękę, Twój scenariusz wygląda zazwyczaj tak samo: wysyłasz zapytanie do swojego banku i czekasz. Dostajesz ofertę z tak zwanego "szablonu" – taką samą, jaką dostałby każdy inny klient wchodzący z ulicy. Twoja pozycja negocjacyjna jest, umówmy się, dość słaba.
Broker leasingowy, jak na przykład FI Finance Polska, gra w zupełnie innej lidze i na własnych zasadach. Nie jest związany z żadnym konkretnym bankiem ani marką samochodową. Działa jak hurtownik. Ponieważ tacy brokerzy przynoszą firmom leasingowym setki umów miesięcznie na grube miliony, mają dostęp do stawek, o których zwykły śmiertelnik może tylko pomarzyć. Dostają zniżki, upusty i marże, których bank nigdy nie pokaże klientowi detalicznemu.
Dla Ciebie oznacza to gigantyczną oszczędność czasu. Zamiast wysyłać dziesięć różnych wniosków i tłumaczyć każdemu bankierowi to samo, składasz dokumenty tylko raz. Broker robi szybki przesiew rynku i wrzuca Ci na stół gotowe porównanie. Co ważne – czarno na białym pokazuje, gdzie ukryły się dodatkowe koszty, i w Twoim imieniu negocjuje zbicie marży.
Wszyscy wiemy, jak wygląda bankowa biurokracja. Składanie wniosków o finansowanie potrafi skutecznie zepsuć radość z zakupu nowego auta. Jeśli firma każe Ci przynieść stosy deklaracji podatkowych, PIT-ów z ubiegłego roku i zaświadczeń z ZUS-u o niezaleganiu, człowiekowi odechciewa się wszystkiego.
Nowocześni brokerzy doskonale to rozumieją, dlatego większość umów na samochody osobowe załatwiają w tak zwanej procedurze uproszczonej.
Taka elastyczność ratuje też biznesy, które w oczach tradycyjnych banków są "zbyt ryzykowne". Chodzi tu o startupy, które działają od zaledwie kilku dni, czy o zakup aut nietypowych – na przykład sprowadzanych z rynku amerykańskiego czy przeznaczonych pod usługi taxi. Dla tradycyjnego banku to problem, dla dobrego brokera – codzienność.
W ostatecznym rozrachunku tani leasing aut osobowych to nie jest kwestia szczęścia czy tego, czy trafisz na miłego doradcę w salonie. To czysta matematyka i kwestia kontaktów biznesowych. Oddając to zadanie brokerowi, sprawiasz, że fundusze leasingowe zaczynają ze sobą konkurować o Twój podpis na umowie. Ty zyskujesz podwójnie: płacisz mniejsze raty, a cały proces przechodzisz bez nerwów i marnowania godzin na papierkologię.