Kim jesteśmy naprawdę — tym, kim się staliśmy, czy tym, kim zawsze byliśmy, tylko nauczyliśmy się to ukrywać? A może każdy z nas nosi w sobie alter ego — cichą, niewidoczną stronę jak ciemna półkula Księżyca — która istnieje, nawet jeśli udajemy, że jej nie ma?
Żyjemy w świecie awersu i rewersu. Rzucamy monetą codziennych wyborów, licząc, że zawsze spadnie „ta właściwa strona”. A przecież wystarczy jeden moment, jeden wstrząs, jedno pęknięcie rutyny, by role się odwróciły.
Rodzice. Rodzina. Znajomi. Środowisko.
Nasiąkamy ich opiniami jak gąbka – tak głęboko, że w końcu zaczynamy je nazywać własnymi. Bronimy ich bezrefleksyjnie, bo przyznać, że nasze „ja” to w dużej mierze echo cudzych myśli, byłoby jak przyznać się do pustki. Zdarza się, że nie akceptujemy ludzi bez powodu, choć rzadko zdajemy sobie sprawę, że powód sami wyhodowaliśmy z cudzych słów i oczekiwań.
Śpiewamy w cudzym chórze, bo jesteśmy istotami stadnymi. Pragniemy braw, poklepywania po plecach, poczucia przynależności – nawet jeśli oznacza to, że strasznie fałszujemy. Chcemy być lubiani, docenieni, zauważeni – choć za cenę zdrady własnego głosu. Nikt się do tego nie przyzna. Wielu marnuje życie na pozory uprzejmej obojętności, cichej niechęci lub przesadnego zaangażowania.
I wtedy wszystko staje się groteskowe – tragi-komedia, której sami jesteśmy bohaterami, a której finał rzadko ktoś chce zobaczyć.
„Długi pocałunek na dobranoc”, który trafił do kin w 1996 roku, z pozoru wpisuje się w estetykę sensacyjnego kina lat dziewięćdziesiątych.
Pod warstwą pościgów i wybuchów kryje się jednak opowieść znacznie bardziej niewygodna — o pamięci, tożsamości i cenie, jaką płacimy za życie w bezpiecznej wersji samych siebie.
Renny Harlin, pracując na scenariuszu Shane’a Blacka, nie buduje jedynie historii akcji. Konstruuje przestrzeń, w której pytanie „kim jesteś?” powraca jak natrętne echo.
Geena Davis nie gra tu dwóch różnych kobiet. Pokazuje jedno pęknięte „ja”, rozdarte między łagodnością a brutalną skutecznością.
Jej aktorska transformacja nie jest efektem nagłej zmiany kostiumu, lecz powolnego odsłaniania tego, co zostało uśpione.
Samuel L. Jackson, balansując między ironią a zmęczeniem światem, pełni rolę świadka — kogoś, kto patrzy z boku, jak maski zaczynają odpadać. Aktorstwo w tym filmie nie służy popisom, lecz obnażaniu: im dalej w historię, tym mniej ról, a więcej nagiej prawdy.
[WIDEO]21055[/WIDEO]
„Długi pocałunek na dobranoc” to film akcji, ale pod warstwą strzelanin i pościgów kryje się coś znacznie ciekawszego: pytanie o tożsamość.
Skromna, delikatna nauczycielka i gospodyni domowa po latach amnezji odkrywa, że była kimś zupełnie innym. Kimś dzikim, bezkompromisowym, silnym. Kobietą, która nie pytała świata o pozwolenie — po prostu bierze to, na co ma ochotę.
To nie jest tylko fabularny twist. To fantazja, którą nosi w sobie wielu z nas.
Bo kto nie marzy o tym, że gdzieś głęboko w nas siedzi inna, może lepsza wersja — odważniejsza, bardziej zdecydowana, wolna od lęku i cudzych oczekiwań?
Film sugeruje jasno: nie da się całkowicie uciec od tego, kim się jest. Ale jednocześnie zadaje ważniejsze pytanie — czy te dwie natury muszą się zwalczać?
Miłość, relacje, doświadczenia nie kasują naszej prawdziwej tożsamości. One ją filtrują. Czasem łagodzą, czasem oswajają, ale nie niszczą.
I być może największym przesłaniem filmu nie jest triumf brutalnej siły ani sentymentalnej niewinności, lecz próba pogodzenia obu stron — awersu i rewersu.
Na co dzień pokazujemy światu tylko to, co uznajemy za atrakcyjne i społecznie akceptowalne.
Ale czy gdzieś w środku nie siedzi ktoś zupełnie inny — coraz bardziej nieszczęśliwy w za ciasnej, narzuconej sobie osobowości?
Z czasem ta maska zaczyna uwierać. Pojawia się potrzeba wyjścia z cudzej skóry, pokazania własnej twarzy, życia według własnych doświadczeń — nie cudzych opinii.
„Długi pocałunek na dobranoc” nie jest tylko produktem lat 90. To opowieść o nas wszystkich — o lęku przed sobą samym i o fascynacji tym, kim moglibyśmy być, gdybyśmy przestali się bać.
Bo może największym zagrożeniem nie jest to, że odkryjemy swoją drugą naturę.
Może prawdziwym dramatem jest to, że nigdy nie damy jej dojść do głosu.
Warto zobaczyć ten film ponieważ gwarantuje świetną rozrywkę, a przy okazji skłania do refleksji, jeśli tylko masz na nią ochotę.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu lca.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Mokhtari na czele klubu radnych KO
Jola Rabczenko ile lat jest w platformie a ile Mokhtari? Wybór powinien być oczywisty
Obiektywnie mówiąc
17:38, 2026-01-22
Mokhtari na czele klubu radnych KO
A co koalicja lepsza hahaha byly radny caly wytatuowany tez zrezygnowal z koalicji jak smial sie w sejmie z ludzi chorych z uposledzeniem itp tam tez maja w tych szeregach przestepcow nie *%#)!& czystych jak lza haha kon by sie usmial jak zastepczyni prezdenta kiedy on byl w tym czasie w Finlandii w sprawie schronow haha boja sie Putina ona i wiekszosc z koalicji nie potrafila wejsc do biura Roberta z koalicji wczesniej tam biuro poselskie mialo sld a Kropiwnicki caly czas siedzi w Warszawie a obrazanie wyzywanie Rosjan ,Ukraincow na spotkaniu w Ratuszowej z bylym prezydentem Wrocka
Xxxx
17:29, 2026-01-22
Mokhtari na czele klubu radnych KO
Czyja to koleżanka że takie ciśnienie?Wstyd
Doklejona
17:25, 2026-01-22
Mokhtari na czele klubu radnych KO
Jolanta Rabczenko nie brała udziału w tym bezprawnym głosowaniu. Wstyd ,że się tym chwalą. Baranowski nie zrezygnował oficjalnie ,tylko chwilowo się zawiesił. To głosowanie nieważne jest.wstyd,że się tym chwalą.
Ol....In....
17:01, 2026-01-22